Witam wszystkich czytających, mam na imię Przemek, mieszkam w Zielonej Górze mam 36lat i uwielbiam turystykę rowerową.Od 5 lat zwiedzam na siodełku inne Państwa. Zwiedziłem kilka Państw, między innymi Czechy, Słowacje, trochę Węgier, Niemcy, Holandię. Byłem w Wiedniu Bratysławie,Pradze,Brnie i w Dreznie. Zapraszam do czytania.
Po obładowaniu się, z trudnościami, podjechałem na brzeg Nysy gdzie nastrielałem kilka fociszy.
Następnie przekroczyłem most i już byłem w rowerowym raju, w Gorlitz może nie, ale jak miasto się skończyło to zaczęła się ścieżka D-Route, czyli Oder Neisse Radweg, super oznaczona i zgubić się nie sposób, zaczęło mi wiać w twarz, no ale dało się jechać. na ścieżce wyjątkowo pusto, tylko pojedynczy rajzerzy i sakwiarze. Ja spotkałem tylko parę Niemiecką. Po drodze miałem zajechać na zbiornik Berzdorfer See, no ale że już tam byłem to nie wjeżdżałem na ścieżkę tam tylko pojechałem prosto i dopiero pod koniec zajechałem,aby zrobić focisze.
Nie zabawiłem tam długo, pogadałem chwilę z parą Niemiecką którą mijałem 2 razy wcześniej i mówią o znowu Pan, pożyczyliśmy sobie Gute fahrt i już ich nie widziałem. Teraz jechałem na Hagenwerder, trochę brukiem kawałek i koło takiej stacji jak na fotce.
Z Hagenwerder zamiast pojechac po ścieżce to pojechałem ulicą, bo jakiś remont był i myślałem że ścieżka jest nie przejezdna i do Leuba po szosie. Tu sobie zrobiłem krótką przerwę na jedzenie, miasteczko nawet fajne. po około pół godziny ruszyłem dalej w kierunku Ostritz i klasztoru Marienthal, tu też odpocząłem i cykałem foty.
Super klasztor, cisza i spokój, tu nie mogłem znalezć szlaku i pojechałem pod górę niestety. A pojechałbym prosto to bym trafił, na asfalcik.
Ale za to jaki widok A pózniej wjechałem w jakąś szutrówkę do lasu, całkiem przyjemnie się jechało i tak sobie dojechałem do Hirschwelde, reszta trasy bez historii dojechałem do Zittau w którym też już byłem i znałem miasto, pojezdziłem tu i tam, nawet pojechałem na Polską stronę po doładowanie do tel. A propos tel to miałem fajną aplikacje o nazwie Maps.me, działa bez internetu są zaznaczone muzea, zabytki a nawet kempingi. Po takim krążeniu po mieście zajechałem na mini dworzec skąd jezdziła ciuchcia do Oybinu i Jonsdorfu, zabierała nawet rowerzystow, ale że ja leniwy nie jestem to po zrobieniu fot pojechałem na Jonsdorf za miastem droga już pod górę, nie ma zmiłuj, trza pedalić- kilka fot ze stacyjki...
Po wyjezdzie z miasta
zaczął się region Zittauer Gebirge, im wyżej tym się chmurzyło a przed Jonsdorf nawet padała mżawka ożywcza, mijałem piękne zadbane domostwa, czysto i schludnie..... ach gdyby tak u nas było.Tutaj też spokój i w miarę cicho, dalej jechałem na Marenice, malownicza miejscowość, ale pusta, pózniej Lindava i na Sloup w Cechach, tu już większy ruch był, bo chciałem tam wejść na półkę skalną gdzie na górze jest mały zameczek, ale tu zawód bo było zamknięte.
A szkoda bo nastawiłem się że tam wlezę, po 2 stronie ulicy była taka wieża, ale nie chciało mi się już tam wdrapywać. Wrażenia z wioski,bardzo ładna i dużo penzionów. Teraz kierowałem się na Ceska Lipa- nie ma lypy trza było nakurwiać klocki, trochę wiało,ale za to nie padało, było też trochę z góry. Miasto całkiem ładne, pojechałem do centrum min do Turisticka informace. Zrobiłem pierwsze zakupy i mogłem jechać dalej w kierunku na Holany na kemping a były tam 2 w dotarciu tam pomógł mi młody Czech, bo robiłem zakupy a ja zapytałem go o noclegi i śmigneliśmy razem rozmawiając po Angielsku, Po dotarciu tam, miejsc w chatkach już nie było a z rozbiciem namiotu też był problem bo długo szukałem miejsca do rozbicia, w końcu znalazłem koło ścieżki i koło darmowego prądu, z którego korzystają przyczepy kempingowe.Po rozpakowaniu się poszedłem trochę nad pobliskie jeziorko na plażę, całkiem malownicze miejsce, sami oceńcie.
Tak minął wieczór,kręciło się trochę ludzi, do tego wrzeszcząca dzieciarnia, przy jakichś automatach, a w nocy........... zaczęło lać, na szczęście namiot nie przeciekał, choć był bez tropiku, aż się zdziwiłem że nie przeciekał. 2 dzień- 13.08.2016 Rano już nie padało, zwinąłem namiot i tu lekki pech bo kijek lekko mi się ułamał i pózniej, przez całą wyprawę, co chwilę go kleiłem taśmą żeby jako tako wytrzymywał unosząc namiot. Wstałem po 7mej. Mogłem ruszyć dalej, wróciłem do Holany aby zrobić fotę przy Rybniku, tak Czesi mówią na nieduże akweny, zrobiłem fotki bo był malowniczy teren.
Super poranek Ruszyłem dalej na miejscowość Ustek i Litomerice i tu już zaczęły się góreczki, raz w górę a raz mocno w dół, słoneczko świeciło już na dobre i musiałem ściągnąć odzienie, bo parówa taka że łola Boga. W Libesicach zrobiłem sobie krótki postój na jedzenieNo i mogłem ruszyć dalej, pod góre, do Litomeric zostało jednak tylko 7km, na samej górze stanąłem bo był suuuuper widok na miasto i okoliczne wzgórza, coś zajefajnego.
Zajechałem na rynek i do informacji turystycznej, bardzo sympatyczna obsługa, młody chłopak nawet pare zdań po Polsku powiedział.... bo studiował u nas,kupiłem kubek pamiątkowy, ale zbił mi się 12 dnia, i naklejkę z logiem miasta, przejeżdżam obok kawiarni licznych i tak sobie myślę czy nie usiąść i czegoś nie zjeść no i zamówiłem kawkę i puchar lodowy! pycha. Tak sobie posiedziałem z godzinę, luz blues, kelnerki się uśmiechały, dużo turystów też było.
Delicious Po zasiedzeniu sie a było po 13tej, miałem 2 opcje trasy, albo przez Terezin lub przez Mlekojedy, wybrałem tą 2 opcjeStanąłem koło jakiegoś płota jakiejś firmy, psy ujadały istny koszmar! Podkleiłem tym klejem, zakładam, pompuje nie za mocno i......... trzyma jakoś! Cóż za szczęście, mogę jechać dalej, ciul że pod wiatr, ale jadę. Zbliżałem się do rzeki Ohre i miejscowości Louny w której odpocząłem troszkę na przystanku, po Czesku zastavce, po przerwie jechałem dalej, było w miarę ok, teren pofałdowany,wzgórze z zamkiem Hazmburk objechałem prawie dookoła, na jednym z pagórków, pościgałem się z takim gostkiem i też został z tyłu. A przed miejscowością Zatec, czekała mnie lekka wspinaczka, w połowie górki stanąłem bo skurcze łapały, zbliżał się już wieczór, było po 17tej, wjechałem do miasta po jakimś czasie, powiem że bardzo ładnego
Wjechałem do centrum, aby znależć jakiś nocleg na maps me pokazało mi że jest tani hostel, ale za chiny nie mogłem go znależć lub był zamknięty,po wyprawie zobaczyłem że dużo było tanich noclegów za 200 do 300 Koron a ja pojechalem najpierw do jednego hotelu, jednak cena kazała mi się wycofać w drugim już myślałem że jest ok, na recepcji mówi mi coś petset coś tam już chciałem płacić a ta mi pisze 1522 Korony! To ja podziękowałem i dalej szukam. Zapytałem się jakichś typków o nocleg i mi wskazali koło zajezdni autobusowej a że byłem zmęczony to już nigdzie indziej nie jechałem, na reklamie pisało noclegi od 250kc, wchodzę pytam sie a kobieta mówi że 700kc, zastanowiłem się i...... zostałem, trudno,chociaż się wykąpałem, naładowałem sprzęty itd no i coś ciepłego wypiłem, w tym celu podwędziłem czajnik, rano oddałem.Trochę przepłaciłem za hotel, bo byłem w pewnym miejscu, koło jakiegoś akademika, ale nikogo nie było, okazało się że kawałek dalej były noclegi za 170 koron! no ale wtedy nie wiedziałem i baterie miałem na wykończeniu w telefonie i nie zaglądałem na Maps.me. Wieczór minął na oglądaniu tv, dużo kanałow nie było, ale dobre i to,akurat była Olimpiada. i tak minął ten 13 pechowy dzień.109km pykło.
Dzień 3- 14.08.2016 80,44km Obudziłem się po 6tej, bo na 7.30 śniadanie jest na stołówce ze stołem Szwedzkim, umyłem się itd no i zszedłem na dół, na dworze świeciło słonko, na stołówce pusto, tylko jakieś małżeństwo przyszło, podziubali z pół godziny i poszli a ja rozsiadłem się, nabrałem żarełka i mogłem wcinać
Akwarium Dobre jedzonko było, po najedzeniu się wróciłem do pokoju i spakowałem się i około 9tej ruszyłem, kilka fotek na rynku, robiło się ciepło już i ściągłem kapoty,minąłem miasto i na punkcie widokowym jeszcze jedna fotaDroga w miarę płaska a nawet lekko w dół, ruch mały co dziwne bo to główna droga do Kadania, w połowie drogi widać było jakąś elektrownie i duuży Zalew
Rozłożyłem sobie śpiwór i materac i poleniuchowałem sobie, tak sobie leżę i słyszę głosy, a to starsze małżeństwo idzie z wózkiem na pole trawę kosić, a że jestem dobrze wychowany to powiedziałem Dobri den i że Hledam Cestu na Klasterec i Straz nad Ohri, to mówili że rovno i do prawa. Poleżałem tak z godzinkę, nie zawsze trza gonić, przydała mi się ta przerwa bo pózniej mi się lepiej jechało, dalej teren był pagórkowaty z czego więcej zjazdów było, miałem zajechać do Klasterca no ale że leżał w dole to na samą myśl że pózniej czekała mnie wspinaczka w upale to sobie podarowałem i pojechałem dalej prosto, minąłem Straz nad Ohri, gdzie wypiłem kawę i zjadłem frytki, w takim barze.
Dużo ludzi było, przeważali rowerzyści, do Karlovych Varów już tylko 15km, podjadłem i mogłem jechać dalej, tym razem płasko to i tempo wzrosło do 30km/h, dalej jechałem wzdłuż rzeki Ohrza w cieniu, tu też mijałem wielu cyklistów jak i harleyowców. W miejscowości Kyselka, ostały się ładne budynki, niestety popadające w ruinę, jednak były jakieś płoty z zakazem wstępu to może je wyremontują
Miasto extra, duże typowe uzdrowisko, po sciezce dojechałem do Lidla, było już gorąco, trochę się obkupiłem i ledwo pomieściłem wszystko w torbach tzn w sakwach, część nawet wiozłem w reklamówce! A ręka bolała trochę.
Po najedzeniu się szukałem noclegu, nie było jeszcze zbyt pózno no ale lepiej sobie coś znalezć, trochę się naszukałem, pojechałem na jakiś autocamp, a tam taki teren malutki tylko na auta, to wróciłem do centrum, porobiłem parę fotek i znalazłem miejsce za pomocą maps.me w takim akademiku za 240 koron i tam zostałem na noc, na recepcji były sympatyczne panie, jedna aż się za głowę złapała jak powiedziałem że jadę z Polski i dokąd. I tak drugą noc spałem też w lóżku, nawet sie wyspałem. 4 dzień- 15 sierpnia 2016- 120,54km Ranek znów pogodny, jak ja to lubie, wstałem po 7mej, zjadłem śniadanko i mogłem się pakować, zjechałm na dół z tobołami bo rower miałem na parterze a ja byłem na 4 piętrze. Podziękowałem Paniom i pojechałem do centrum, trochę pozwiedzać, słychać było Rosjan, wszystko było pod nich, nawet gazety były po Rosyjsku. Niżej foty z Centrum
tutaj była awaria gumki Po związaniu, szukałem drogi na ścieżkę w kierunku Loket, pytałem ludzi, jedni mówili że tędy a drudzy że inaczej... to wyjechałem na drogę i pojechałem przez miejscowość Doubi no i trafiłem na właściwą trasę a tutaj spokój i przyjemny chłodek, rewelacja i teren przepiękny, dojechałem do Svatovskich skał
Miejsce zajefajne, no ale trza było ruszać dalej, aż żal było odjeżdżać, dużo rowerzystów, fajna kawiarenka, fajna piosenka leciała... ballada Rosyjska,zanim wjechałem na szutrową ścieżkę która ciągnęła się wzdłuż rzeki do Sokolova to zjadłem cała czekolade i pózniej dalej jechałem w przyjemnym chłodku. I tak dojechałem do Loket, pięknego miasteczka ze znanym zamkiem, duużo turystów, zajechałem do centrum,porobiłem foty, zatrzymałem się też przed Wc i był tam kontakt, to sobie trochę tel naładowałem za free! Trochę posiedziałem na ławce obok
Ta piosenka leciała w kawiarence koło Starocinskich skał. Zjechałem na dół aby porobić foty i poszukać szlaku do Sokolova jednak zle pojechałem i się cofnąłem, przez toryPrzed Sokolovem minąłem most i wjechałem do miasta przez jakiś teren przemysłowy po prawej, miasto fajne, były i ścieżki rowerowe, teraz szukałem sklepu rowerowego, zajechałem do centrum ale nigdzie nie było, wszedłem do sklepu sportowego i zapytałem no i dzieki aplikacjom gps klient mi wytłumaczył jak dojechac do rowerowego no i trafiłem w końcu z małymi trudnościami, miła obsługa, gostek spoko, kupiłem dętkę i łatki i mogłem ruszać dalej, wróciłem do centrum po fajnej ścieżce jak poniżej
W końcu trafiłem znów na Cyklostezke Ohre nr 6 i jechałem w kierunku na Cheb, już prawie Niemcy. Super się jechało, asfalcik full wypas, trochę kolorzy i zwykłych rowerzystów było też, a teren z Sokolova pod górę lekko pózniej, a tak to róznie i w dół i płasko, po kilkunastu km zatrzymałem się przy rzece w takiej wiosce, bo była ładna okolica do zrobienia zdjęcia
Pojadłem tu też Po pół godzinie ruszyłem dalej, i dalej asfalcik, cud malina, do tego z wiatrem, pozdrowiłem sakwiarza który jechał do Sokolova i dalej płasko, przed Cheb stanałem przy jakiejś rzeczce czy strumyku i ochłodziłem sięDojechałem do Cheb, miasto też fajne, jednak najpierw zahaczyłem o markiet, Penny Markt i zrobiłem zapasy jedzenia na pózniej i podjadłem też trochę w cieniu, następnie podjechałem do ładnego centrum
Cheb
Pora była pózna, więc długo tu nie zabawiłem, choć szkoda że było tak pózno, bo było co zwiedzać, dzięki Maps.me łatwo wyjeżdżałem z miasta a jeszcze w mieście stanąłem przy ubytovnie, wyczaiłem ją na mapce, jednak nie prowadzili już noclegów i pojechałem dalej, zapowiadała się nocka pod namiotem, też fajno. Wjechałem na ścieżkę rowerową prowadzącą w stronę Niemiec do Waldsassen, miałem jechać na As i Selb jednak sobie odpuściłem, Super ścieżyna, zaczynała się koło torów szutrówką z kamykami, już myślałem że tak będzie a tu po kilometrze super asfalcik był! 5 dzień wyprawy- 92km- Tirschenreutch- Brod nad Tichou-camp Wstałem około 7, rower stał jak stał i słoneczko też już wstawało, zapowiadał się kolejny słoneczny dzionek i oto chodziło. Spakowałem się dość szybko, zjadłem bułki i mogłem zjechać do miasta. Od razu mi się spodobało, czyste, zadbane, fajny ryneczek
Pokręciłem się trochę i pojechałem kawałek dalej nad spory akwen z mostkiem i ławkami, w sumie były 2 mosty, murowany i taki drewnianyPiękny teren, aż nie chciało mi się stamtąd ruszać, no ale mus to mus, po drodze zajechałem jeszcze do Tourist info, bardzo miła obsługa, tak wszędzie powinno być, nabrałem sporo folderów i map, ledwo pomieściłem w sakwach.
Przy Tourist info Z miasta chciałem pojechać po pewnej ścieżce rowerowej w strone Mahring, jednak nie mogłem jej znależć i pojechałem szosą, mało uczęszczaną, zrobiłem małe koło jadąc też na Mahring i Broumov, ale co tam.
Broumov I znów byłem w Czechach, miasto trochę senne i szybko je opuściłem, teraz kierowałem się na Marianske Łaznie kolejne uzdrowisko jak Karlove Vary, za Broumovem jechałem do miejscowości o nazwie..... Tri Sekery he he, no i podjazd był a na szczycie wieża widokowa z widokiem na okolice w tym na Marianske Łaznie, trochę schodków było i po zejściu trochę się kręciło w głowiePo jakimś czasie ruszyłem dalej, minąłem wioskę Tri Sekery i po 6km byłem już w Mariańskich Łazniach, zatrzymałem się na małe zakupy
Ledwo zmieściłem te zakupy, trochę wyjadłem też prowiantu, no i ruszyłem do centrum uzdrowiska, miasto ładne, w parku Zdrojowym zielono i trochę kuracjuszy i turystów było
Naprawdę fajne miejsce, pokręciłem się trochę i ruszyłem dalej, w centrum pełno turystów, istna masakra, zajechałem do baru coś zjeść, jednak wziąłem na wynos bo w środku było jak w piekarniku! Jeść dokończyłem koło..... pływalni i kortów tenisowych, tego mi było trza, no ale trza pozwiedzać, piękna długa ulica ciągnęła się długo i tu jeszcze więcej turystów, głównie Niemców, zdarzali się i Azjaci.
Nawet basen był Zameldowałem się i mogłem się rozbijać, i tu Zonk, znów problem z nieszczęsnym kijkiem, bo po rozbiciu namiotu, pękł lekko to go wyjałem, skleiłem jednak i tak namiot nie stał tak jak trza, chodzi o górną część namiotu, co ja się nacyrkowałem z tym kijkiem, musiałem nożykiem go obciąć kawałek, nawet pattexem kleiłem,Jakby ktoś zobaczył to by sie uśmiał. Po jakimś czasie mogłem się rozpakować i poleżeć, obok miałem darmowy prąd ze skrzynki dla camperów, a za sąsiadów za żywopłotem miałem rodzinę Francuzów,pozdrowiliśmy się, po jakimś czasie poszedłem do baru, tak rozejrzeć się, pełno ludzi, jak wróciłem to szukałem portfela i......... panika, gdzie mój portfel, 3 razy rzeczy przerzuciłem i nie ma, więc nogi w troki, może na recepcji będzie no i......... był, jakieś dziecko znalazło i dało tam właśnie, z to kupiłem mu jajko niespodziankę. I tak minęła nocka, spokojnie, nawet nikt nie hałasował po 22, extra.
6 dzień-17.08.2016- 118km Wstałem około 6.30, jeszcze było lekko ponuro, jednak po 20 minutach już przebijało się słonko, zwinąłem manatki, poszedłem się umyć, zapłaciłem za gościnę 200kc, jeszcze tam kiedyś przenocuje.... z lepszym namiotem napewno, mogłem ruszyć, musiałem się cofnąć do wioski i na krajówkę, trochę wiało, ale za to słonko już w pełni, umiarkowany ruch, teren pagórkowaty, zle nie było. Jechałem na miejscowość Bor, we tej miejscowości zrobiłem zakupy i pojechałem na stacyjkę kolejową zjeść śniadanie, bo było po 10tej, przed stacyjką był fajny staw i pełno ptactwa i fajnie foty wyszły
Super łączki Minąłem miejscowość Straz i pózniej skręciłem w prawo na miejscowość Hostoun, śmieszna nazwa, tu nie stawałem, pojechałem dalej na Mutenin i za wioską zaczęła się wspinaczka, nie było lekko do tego upalna pogoda nie ułatwiała zadania,
No i szczyt Kamenec 670mnpm Wreszcie podjechałem, widoki extra, widać było taką wieże, jednak nie jechałem tam bo to nie po drodze, po podjezdzie musi być zjazd i był, lajtowo powyżej 45km/h się zjeżdżało,dojechałem do Rybnika, i tu w cieniu znów przerwa na jedzenie, 3 pączki plus 2 deserki czekoladowe, trochę sobie folguje, ale co tam, we wiosce, staje przy mapce i szukam szlaku do lasu, po paru minutach go znajduje i jadę nim,taka szutrówka, ale ubita, najpierw płasko, pózniej trochę pod górę i lekko w dół. Pózniej dopiero się zatrzymałem w Nemanicach, niedaleko stąd już do Waldmunchen
Wioska słynie z... Podjadłem, odpocząłem i ruszyłem w kierunku Niemiec, fajnie mi się jechało, w Liskova, przekroczyłem granice,i po raz pierwszy byłem w BawariiWjechałem na super ścieżkę i jechałem na Waldmunchen
Szkoda że prowadziła tylko ze 4km, fajne było to że mijani rowerzyści pozdrawiali mnie i ja ich, to mi se libi, wjechałem do miasta i podjechałem na mały punkt widokowy widoczny poniżej, porobiłem foty i ruszyłem do centrum
A centrum jak to centrum, fontanna i fajne budynki, typowo Niemiecka zabudowa, zaszedłem do Tourist Info, nabrałem folderów i kupiłem nalepkę na rowerPosiedziałem trochę na ławce, jednak po jakimś czasie było za gorąco i wolałem ruszyć dalej, kierunek na Furth in Wald, tak ogólnie to nie miałem w planie jechać tędy tylko po stronie Czeskiej, no ale lubie czasem niespodziewanie zmienić plany, droga równa jak to w Niemczech, minąłem wioskę Gleisenberg i byłem już w Furth im Wald też ładna mieścina
Zbliżał się już wieczór, a że jechałem w połowie sierpnia to już po 20 robiło się prawie ciemno,a przede mną jeszcze kilka górek, jednak o tym pózniej, zajechałem do sklepu, narobiłem zakupów i znów ledwo pomieściłem, część musiałem wyjeść, ruch w tym miasteczku, auta, turyści i dużo rowerzystów, po godzince prawie na ławce ruszyłem dalej, za miastem wskoczyłem na Radweg i kawałek ścieżką jechałem, widoki zajefajne jak to w Bawarii, na niebie samo słonko, w miejscowości Rankam wybiło mi 1000km. Za miejscowością Neukirchen beim Heiligen Blut zaczął się powolny podjazd i tak dotarłem do ładnej wioski Lam, super wioska, cisza, wszystko uporządkowane, ludzie sprzątający swoje ogrody itd i w tej miejscowości zaczął się jeszcze stromiejszy podjazd, musiałem na chwilę stanąć na przystanku, bo skurcz mnie złapał, jem sobie, wypiłem napój musujący i przeszło, minęła mnie rodzina na rowerze, najpierw chłopiec, pózniej matka i córka, podjazd miał z 15 procent, młody wjechał 1, na szczycie góry, chwile pogadaliśmy, a on że dałem radę z tymi bagażami i mnie podziwia. Powoli robiła się szarówa, zjazd minął szybko, a miejsca na nocleg nie widać, bo po bokach z lewej wzniesienia a po prawej rzeczka, jednak po 3km widzę mostek z prawej, przechodzę go i po paru metrach znajduje miejsce, ufff wkońcu jest odpoczynek, rozbiłem się niedaleko szumiejącego potoku, fajnie się spało przy nim, prawie dookoła namiotu położyłem gałezie bo byłem niedaleko drogi, jednak roweru nie spinałem zapięciem. I tak minął 6 dzień.
7 dzień wyprawy-18.08.2016- 61,69km Etap górski Ranek powitał mnie rześko a nawet zimno brr, na szczęście wzeszło słonko i powoli się ocieplało, wstałem około 7mej, a tak mi się nie chciało wstawać i zwijać namiotu, trawa oczywiście mokra, no ale mus to mus, rzeczy schowałem do sakwy a namiot, śpiwór i materac przeniosłem w suche miejsce i tam zapakowałem na rower, fotka na mostku i jadę dalejKawałek było tylko płaskiego, pózniej już górki, jechałem w rejon Grosser Arber, najwyższego szczytu lasu Bawarskiego 1435m.n.p.m, minąłem ładną wioskę z typowymi Bawarskimi zabudowaniami
Było pod górę Miejscowość nazywała się Sommerau, stąd jechałem na Kleiner Arbersee, bardzo malownicze jeziorko u stóp Arberu, ruch mały, z resztą od parkingu ruch aut był zakazany, tylko spotkałem tych co drzewa wywożą, no i już pod górę było, do bajora ze 3km
Z asfaltu, zrobił się szuter i tak dojechałem do tego cuda natury, bo widok na bajorko jak w bajce, do tego bezchmurne niebo i trza było się rozbierać
Grosser Arber Z pół godziny tu zabawiłem, bo warto, zamieniłem kilka zdań z jednym turystą i mogłem ruszać, najpierw jechałem, a pózniej już prowadziłem, nawet usiadłem sobie na pniu i obserwowałem pracę pilarzy, jednak czas leci i ruszyłem dalej, już po kamienistej drodze, pisało Grosser Arber 6km, ciągnął się ten podjazd masakrycznie, teraz wiem czemu, bo wchodziłem od zachodniej części trochę naokoło, cały mokry byłem, po drodze znalazłem zródełko to się trochę ochłodziłem, mmm super zimna woda, a woda w butelce mi się kończyła powoli. W połowie drogi odpocząłem w takiej parterowej ambonie, może to nie Hilton, ale okna były, drzwi zamykane, tylko wiało przez szpary, ale po wysiłku to był przyjemny wiatr, zjadłem chyba z 5 batonów, deser, jogurt i 3 bułki!Trza było iść dalej, niektóre odcinki podjeżdżałem, jak było mniej kamyków oczywiście bo szkoda opon, pózniej bliżej szczytu było trochę stromiej, jeden gostek na elektrycznym podjeżdżał, a sapał jak parowóz he he, jeszcze 2 km i byłem na górze wkońcu ufff dotarłem! Być w Bayerischer Wald i nie wejść tu to tak jak być w Paryżu i nie zobaczyć wieży Eifla, nawet ciepło było około 15 stopni, góra 16
Niektórzy ludzie ubrali się jak na zimę, masakra, widoki extra, na samej górze był krzyż
To dla ciebie tato, tobie dedykuje ten wyjazd. Poszedłem do Wc-ta, nalać sobie zimnej wody, kran mały, ale dałem radę jakoś, będe żył, z góry był widok na Bayerisch Eisenstein, gdzie pózniej będe jechał, na razie przerwa, jeden gostek się pyta co za miejscowości widać? a ja że np Lohberg itd, a innego rowerzystę zagadnąłem czy jest tu inny zjazd z góry, a on że tak, bo trochę zgłupiałem, bo był wyciągPo jakimś czasie znalazłem zjazd, kawałek prowadziłem a pózniej lajtowo w dół, ale krótko to trwało, zjechałem do dolnej stacji wyciągu
Chwilę postałem i ruszyłem, zamiast w lewo to pojechałem w prawo i dopiero po pół kilometrze się zorientowałem, tak to bym pojechał do Zwiesel, tak więc zrobiłem nawrót i zjazdami dojechałem do Bayerisch Eisenstein, dosyc senne miasteczko
Długo tu nie zabawiłem, zaszedłem tylko do tourist info i ruszyłem do Żeleznej Rudy, która była około 3km stąd. Żelezna Ruda już nie była taka senna, pełno ludzi, turystów, zgłodniałem trochę, więc zamówiłem sobie pizze, dziwna ta pizza, ciasto cieniutkie, jak u nas z Biedronki, do tego wybrałem jakąś ostrą, do tego zamówiłem kawę i colę, natrętna osa nie dała mi zjeść, parę chwil i ją odstrzeliłem, po zjedzeniu poprosiłem o długopis bo dziewczyna mi wysłała doładowanie a nie chciało mi się szukać swojego, pózniej zajechałem zrobić zakupy do Markietu.
Podjechałem jeszcze do tourist info i tu niespodzianka, były 2 komputery i darmowy internet! z czego skorzystałem, wysyłając parę fot na Facezbooka, nie miałem więcej czasu żeby podładować tel czy powerbanka bo było już po 15tej, ruszyłem więc dalej, szukając szlaku na Modravę, a były 2 szlaki, chyba pojechałem gorszym bo pod górę, z początku droga nie przypominała drogi rowerowej, kamienie, dziury, dopierp pózniej, nawet był asfalt i znów męczarnia pod góręOkoło 5km podjazd miał, znów byłem cały mokry, na szczycie była wiata, więc przerwa na jedzenie, wiatr trochę chłodził, więc jak radził Bear Grylls, ubrałem się przed zjazdem, bo na zjezdzie licznik pokazywał 55km/h, super traska, równa szutrówka, na samym dole stanąłem przy fajnej tablicy
Na szczęście nic nie wybuchło Jednak hamulce musiałem zmienić v breaki, bo były już na wykończeniu, tu nic nie jadłem, spokojnie, ruszyłem dalej do drogi tym razem brukowanej, ale za to jaki bruk, równy, długo nim nie jechałem bo zjechałem na szutrową ścieżkę i nią jechałem do Prasily, choć wioski nie widziałem! Ludzie się kręcili, dziwne, postanowiłem poszukać już noclegu, aby nabrać sił na jutro,a rozbiłem się niedaleko ścieżki, za rzędem choinek, gdzie wjazd na łąkę był kawałek dalej i oto mi chodziło, najpierw namiot rozbiłem w jednym miejscu, ale był lekki przechył terenu i dziwnie się leżało, więc poszedłem kawałek dalej i też lipa, wkońcu znalazłem płaski teren koło...... mrowiska, jednak mrówek nie uświadczyłem. Zrobiłem sobie nawet sznurek na pranie. I tak skończył się górski królewski etap w samym centrum Sumavy. Super extra szutróweczka, nawet dużo w dół, a przy jednym ze strumieni, nawet się umyłem bo miałem mydło, odświeżony ruszyłem dalej, na moment szutrówa przeszła w asfalt.
Koło miejscowości Mechov, wjechałem na szutrówę i pojechałem szlakiem Plebvni Kanał, to taki kanał, gdzie kiedyś spławiano drewno, traska super, zero aut, mało ludziJechałem na Modravę, las, czyste powietrze, coś zajefajnego, z jednego kranika nawet pitna woda leciała, po kilkunastu kilosach dojechałem do miejscowości Rokyta
Wypoczynkowa miejscowość, minąłem ją i trochę pogadałem z dziewczyną Eweliną, tu trochę zwątpiłem gdzie jechać, ale pewni chłopcy wskazali mi drogę, po około 2km dojechałem do Hradlovego Mostu
Postałem tu chwilę, porobiłem foty i ruszyłem do Modravy, za mostkiem wjechałem na asfalt i po 3km byłem już w Modravie
To też miejscowość typowo turystyczna, a propos turystyki, zaszedłem oczywiście do tourist info, a jakże, jednak bogatej oferty nie mieli, chwile posiedziałem na ławce, przed budynkiem, ściągłem łachy i ruszyłem na Kvildę, za Modravą pod górę, za to pózniej już raj, same zjazdy były! Tylko współczułem tym co podjeżdżali.
Znów się chmurzyło i trochę wiało, jednak deszczu nie było, szybko dojechałem do miejscowości, w oczy się rzucał fajny kościółek, zaszedłem też do Muzeum SumavyFajne miejsce, można się dowiedzieć wielu ciekawych rzeczy, po wyjściu, pojechałem do sklepu na zakupy i zjadłem śniadanko, dalej nie było słonka i wiało, po kilku chwilach ruszyłem dalej a na przystanku spotkałem taką istotę
Biedny zwierzak Pojechałem dalej, teraz miałem raj bo praktycznie same zjazdy przez wieeeeeeele kilometrów, istny raj, przerwę dopiero zrobiłem w miejscowości Borova Lada, zajechałem do miejsca gdzie były woljery z różnymi rodzajami Sów
Fajne miejsce, jedną zobaczyłem, reszta gdzieś się pochowała i po chwili ruszyłem dalej, w miasteczku usiadłem na ławkę i się rozebrałem bo........ wyszło słonko i to na dobre, przy okazji coś zjadłem Ruszyłem dalej i cały czas zjazdy, no i widoczki też super były, miałem jechać na Przełom Wełtawy, i na górę Boubin jednak zmieniłem plany i jechałem w kierunku jeziora Lipno, po drodze chciałem zrobić fotę przy miejscowości Polka, znak był bo pisało Polka 0,5km pojechałem a tu nie ma nic, więc tył wzrot i jechałem do Horni Vltavice, tu już skończyły się zjazdy akurat w tej miejscowości a stąd do Pasawy tylko 65km, też miałem ją w planie, jednak za mało Euro wziąłem. Byłem już blisko jeziora Lipno, z głownej drogi skręciłem w prawo na Nova Pec i po paru km dojechałem do brzegu na razie dopływu gdzie Wełtawa wpływa do jeziora
Chwilę tu postałem i nie jechałem wzdłuż jeziora, tylko ruszyłem dalej w kierunku Schwarzenberskiego kanału, gdzie szła ścieżka szutrowa, z początku była lipna, jednak z czasem poprawiła się, po drodze mijałem się z rowerzystami, większość Austriaków, bo byłem prawie w Austrii, ależ ta szutrówa się dłużyła, jechało się i jechało, po 6km wjechałem do Austrii W połowie drogi stanąłem chwilę przed tablicami co widać powyżej, pogadałem chwilę z rowerzystami i ruszyłem dalej do wioski Sonnleiten a po kilku kilometrach znów wjechałem do Czech, zjechałem z góry drogą z Aigen i tak dokulałem się do jeziora Lipno, nawet spore
Podjechałem do brzegu, patrzyłem jak promy chodza i tak czekam i czekam i się okazało że chodzą co godzine i kosztują 30 koron za przejazd, nie chciało mi się tu tyle czekać i pojechałem na Frydawę po zajebiaszczej ścieżce asfaltowej
Trochę ludzi było, dość szybko w miarę płynąl
Mogłem wysiąść I już byłem na drugim brzegu we Frymburku
Miasto typowo turystyczne a raczej miasteczko, długo tu nie byłem bo trza było jechać dalej, słonko coraz niżej, teraz jechałem na Cesky Krumlov, miasto perełka, miałem lekko pod górę, nie stawałem nigdzie, pózniej było parę zjazdów, ostatnie spojrzenie na góry z tyłu, trochę prostych też było, minąłem miejscowość Svetlik i stąd było około 12km do miasta a przed miejscowością vetrni była fajna panorama na Cesky Krumlov, super widoczek, w miejscowości był taki zjazd że aż musiałem się pilnować żeby nie przekroczyć 50km/h, był radar, zjazd był tak stromy że 70km/h bym wyciągnął. W nie ciekawej dzielnicy zrobiłem ostatnie, duże zakupy aby mieć co jeść pod namiotem, a dzielnica chyba cygańska bo dużo ich tam było, głównie młodych i ładne dziewczyny były, ruszyłem dalej by po 2km być już w mieścieNa razie byłem w dzielnicy takiej miasta nad Wełtawą, koło kempingu po prawej, chciałem tam zajechać, ale jak zobaczyłem masę ludzi to pojechałem dalej, wypatrzyłem taką Ubytovne, już myślami byłem w łóżku, a właściciel mówi, że miejsc brak, trudno, jadę dalej, podjechałem do samego centrum a tam masę ludzi, pełno turystów, w końcu to miasto perełka, aż żałuje że tak pózno tam wjechałem, ale foty za to ładnie wyszły.
Aż nie chciało mi się stamtąd ruszać, no ale było coraz ciemniej i musiałem jechać, nawet lampki mi się nie chciało wyciągać i czasu nie było, wyjechałem z miasta i po kilometrze skręciłem w prawo w boczną drogę i dobrą polną drogą szukałem noclegu, wokoło same pola, dopiero dalej był las, do tego jeszcze pole orali traktorem i musiałem pojechać jeszcze dalej, w końcu znalazłem miejsce na polu za takim wzniesieniem i tam się usadowiłem, skleiłem kijek i nawet trzymał cały namiot i całą noc. Zrobiłem sobie kolacje, mogłem wreszcie się najeść, trochę żałuje że wcześniej nie byłem w Ceskym Krumlovie tzn z rana np, ale cóż, byłem widziałem, moja ocena? piękne miasteczko, dziś był etap w miarę odpoczynkowy, pod koniec tylko parę hopków było. 147km pykło. A co do poszukiwań noclegu to nieco dalej też był jakiś camp, koło Wełtawy, ale wtedy o tym nie myślałem.
9 dzień wyprawy 20.08.2016 46,74km, najkrótszy etap wyprawy Przebudziłem sie około 6 bo zbudziło mnie targanie namiotu, to wiatr tak wiał, i nawet lekko kropiło, tego by jeszcze brakowało, żeby na polu padało, samobłoto by było, jednak po chwili i to na chwilę się przejaśniło, ale za to jakDla takich widoków warto wstawać! Zjadłem coś i zwinąłem obozowisko, faktycznie trochę kropiło no i ten okropny wiatr, na szczęście sprzyjający i to był plus, musiałem przejść przez nieco błotniste pole, niech to szlag, musiałem też się cofnąć do drogi którą wczoraj jechałem, buty juz miałem w błocie lekko, dotarłem do drogi i szybko na przystanek, miejscowosc Rajov
Szybko wyczyściłem buty i po paru kilosach byłem już w Ceskich Budejovicach
Trochę już miałem dość tej ruchliwej drogi, dobrze że po chwili był sklep w którym zrobiłem spore zakupy na pózniej, zrobiło się ciepło i musiałem ściągnąć odzienie, kupiłem też papier w rolce, bo rower też był usyfiony, trochę mi to zajęło,Tradycyjnie zaszedłem do Tourist info, ale lipę tam mieli, wziąłem tylko mapkę, porobiłem foty i pojechałem dalej w stronę Wełtawy i jakiegoś parku, fajne te miasto, mógłbym tam mieszkać, tu porobiłem foty przy dziwnych figurach
Robiło się gorąco, więc na chwilę się schroniłem pod piersiami, od razu lepiej, po paru chwilach ruszyłem na Hluboka nad Vltavą, szukałem nań ścieżki, najpierw jechałem prawa stroną rzeki, ale jakiś szuter był, pózniej zauważyłem że po lewej jezdzi pełno rowerzystów i rolkarzy, więc cofnąłem się tam no i miałem super asfalcik!
Super się jechało, no i ta masa ludzi na ścieżce, coś fajnego, po 2 km, zatrzymałem się tam gdzie trenują kajakarze, w taki upał to aż im zazdroszcze
Obejrzałem chwilę kajakarzy i pojechałem dalej po super ścieżce po drodze przed Hluboką minąłem teren rekreacyjny z polem golfowym itdi po około 5km byłem już w Hluboce nad Vltavą, fajne miasteczko z zamkiem, obleganym przez turystów, zajechałem a jakże do tourist info i od razu na zamek, nieco pod górę, jednak warto było
Centrum miasteczka
Super sprawa ten zamek, było gorąco, rower na chwilę zostawiłem i poszedłem zobaczyć zameczek pózniej patrzyłem pamiątki, jednak nic nie wybrałem, tylko widokówkę. Zajechałem jeszcze obok zameczka do parku niewielkiego i na punkt widokowy
Cisza spokój, to lubię, rozpakowałem się, coś zjadłem i poszedłem się wykąpać, chciałem sobie zrobić też kawę, ale były takie piecyki na prąd i woda się dłuuuuugo gotowała i zrezygnowałem, mogłem wziąć grzałkę z domu to bym sobie zrobił w chatce, wróciłem do chatki powiesiłem wyprane ciuchy bo słonko mocno grzało no i leżałem sobie przy radiu, oczyściłem też namiot bo trochę był brudny no i mokry. Pózniej trochę połaziłem po kempingu, a w kuchni, dziewczyna gotowała makaron na tych kuchenkach, wyjęła go, chciała ten makaron przelać do innego naczynia i ten makaron jej wyleciał do zlewu, coś tam mówiła śmiała się a ja i tak nie rozumiałem he he. Chciałem zjeść pizze w kawiarni, jednak ich pizze jakieś takie małe i cienkie były, zostałem więc w chatce, i tak minęło popołudnie i wieczór, chociaż mogłem zajechać na niedalekie jezioro Bezdrev, jednak wolałem odpocząć,wieczorem trochę się chmurzyło i wiało, zjeżdżali się też pozostali turyści na nocleg, dobrze znać języki bo w Austriackim radiu zapowiadali burze i deszcze no i w nocy lało jak z cebra! gdybym nocował pod namiotem to bym pływał, a tak było super, udało mi się no i się wyspałem.
Wiało z zachodu tym razem, spakowałem się dość szybko i opuściłem camping, teraz kierowałem się na Tynec nad Vltavą, złowrogie chmury krążyły niedaleko, na szczęście te deszczowe poszły gdzie indziej uff. cieżko się jechało, ale lepszy wiatr z boku niż w twarz, koło Temelina nawet wiało w plecy kawałek, a propos temelina to była tam Elektrownia atomowa, przy tak ponurej pogodzie fajnie wyglądałaFotka musiała być no i ruszyłem dalej na Tynec, po około 6km byłem już na miejscu, zajechałem do Lidla kupić coś na śniadanie, bo wczoraj wszystko wyjadłem, w sumie dobrze że nie zostałem 2 noc na kempingu. Po wyjściu ze sklepu podchodzi facet i się pyta.... a to pan robił selfie w Temelinie? a ja że Ano to ja. Pogoda dalej nieciekawa, jednak nie padało, tylko dalej wiało, miasteczko ładne, położone nad Wełtawą
, chwile pojezdziłem i ruszyłem dalej, na końcu miejscowości chciałem zwiedzić pałacyk, ale nie wiedziałem czy można tam wchodzić,
więc ruszyłem dalej, nieco pod górę, przed miejscowością Kolodeje, przerwa na fajnym przystanku na śniadanie
Znów zaczęło padać, niech to szlag, dobrze że sakwy miałem wodoodporne, tylko ja kaptura nie miałem, na szczęście parę chwil po ruszeniu, przestawało padać, no i wiedziałem że Praga nie tak daleko bo samoloty było blisko słychać a nawet niektóre widać było. Po paru km zjechałem z głównej drogi i od razu lepiej, spokój cisza, tylko ten wiatr, widoki jednak rekompensowały wszystko, teren pofałdowany, po drodze dużo jabłoni i Czesi zbierali te jabłka, w pewnej wiosce stanąłem bo była tablica z zegarem oryginalnym he he
To mi się podoba w Czechach że dbają o takie pierdółki, jest gdzie zjeść i przystanąć, tym razem nie stawałem, szukałem drogi do Żivkovske Podhradi bo gdzieś mnie asfalt poprowadził gdzie nie trza, dobrze że miałem Maps.me. Za miejscowością trochę otwartego terenu, więć co było i kto? kto zgadnie? wiatr oczywiście,jednak jak na zeszłorocznej wyprawie do Wiednia, mówiłem sobie nie wygrasz ze mną wietrze! i jechałem twardo, rok temu 6 ostatnich dni pod wiatr i po 100 pare kilometrów. Miałem muzyczkę to też inaczej się jechało, a w miejscowości oslov trafiłem na opuszczoną willę taką chatkę ktoś opuścił, wyremontować i by była fajna chata, był tv, gazety z 1997 roku, nawet ciuchy w szafkach jakieś leki nawet....
w końcu dojechałem do Zivkova i zastanawiałem się czy jechać na zameczek, jednak pojechałem i nie żałuje, czułem się jakbym się przeniósł w Średniowiecze, zameczek położony nad Wełtawą, super! Od razu mi się tam spodobało, aż nie chciało się stamtąd odjeżdżać z dobrą godzinę tam połaziłem
Ruszyłem dalej, tym razem do innego bajkowego zameczku w miejscowości Orlik nad Vltavou, chciałem jechać wzdłuż rzeki, ale że nie było ścieżki to pojechałem szosą, za Zivkovem na chwilę zatrzymałem się na moście, bo stały tam 3 osoby i pewna dziewczyna szykowała się do skoku......... spakojna nie boj sia miała linę he he, ale to nie bunji tylko do pasa miała linę przymocowaną i hoop skoczyłaRuszyłem dalej, w miarę mało ruchliwą drogą i po około 20km dotarłem do Orlika nad Vltavą, zameczek był niżej położony, więc ostrym zjazdem zjechałem do zameczku
Nie wchodziłem jednak do zamku tylko tak obejrzałem go, dalej było gorąco i grzało słonko a było po 17tej. Więc długo tu nie zabawiłem i ruszyłem, chciałem pojechać na Kostelec nad Vltavou i pózniej na Hrimezdice, gdzie był fajny kamieniołom, gdzie były urządzenia do skakania do wody, jednak plany wzięły w łeb z powodu remontu mostu na Wełtawie, musiałem więc pojechać inaczej, trochę się wkurzyłem, cofnąłem się i cała droga dla mnie, mały ruch, dojechałem do wioski Lety i kawałek za przed ekspresówką D-4, debatowałem czy nią jechać, bo ruch masakryczny, do tego wiało jednak w plecy trochę, popatrzyłem na mapę też, żadnych odbić na boczne drogi brak w pobliżu. Ruszyłem więc, pędziłem chyba z 30 na godzinę, ruch trochę zwolnił, bo chyba jakieś remonty były, ja jechałem pasem awaryjnym więc jechałem, niektórzy kierowcy się patrzyli pewnie jak np na łapserdaka z filmu Goście Goście, i tak dokulałem się do jakiejś wioski, szły ciemne chmury, więc się ubrałem bo i chłodno było, stanąłem na jakimś przystanku, już nawet na mapie wypatrzyłem kemping, jednak zrezygnowałem z niego. Siedziałem na przystanku, pojadłem trochę, aha i zjechałem już z tej ekspresówki z ulgą.Zaczęło lekko padać, na szczęście jak ruszałem to przestało, no i tak jadę i po jakimś czasie jakoś miękko mi się jedzie.... a tu kapeć! niech to szlag, jeszcze o tak póznej porze, dobrze że miałem zapasówki, zmieniłem więc i ruszyłem, te Czeskie dętki są dziwne, bo jak jechałem z góry to opona mi latała lekko, a sprawdzałem dobrze po założeniu opony, ale nie miałem czasu znów zakładać, ruszyłem dalej bez przygód, teraz ważne aby poszukać miejsca na rozbicie namiotu. A miejsce znalazłem koło miejscowości Lazsko na takiej dróżce i niedaleko drogi, jednak była tam trawa i mogłem się rozbić, uff w końcu odpoczynek, znów dmuchanie materaca, wolę jednak materac niż karimatę, zająłem się też tą oponą, pózniej kolacja no i pozrywałem trochę gałezi aby dookoła namiotu je dać, żebym się nie rzucał w oczy, słonko prawie zachodziło i tak minął 10 dzień wyprawy.
Oczywiście śniegu nie było, bład Endomondo 11 dzień wyprawy- 149,18km 22.8.2016 Wstałem około 6tej nawet szybko, wszystko było na swoim miejscu, powitało mnie też słoneczko, gdyż namiot ustawiam tak aby wejście mieć od wschodniej strony, nawet się wyspałem, po chwili zjadłem śniadanko, przemyłem się, pózniej wszystko złożyłem i zapakowałem, oczywiście śmieci zabrałem ze sobą, jeżdżąc tu i tam nauczyłem się kultury, a nie jak u nas, nikt nie widzi to się mówi a rzucę tu śmiecia kto zauważy. Było parę minut po 7mej, dobry czas, było trochę chłodnawo, więc ubrałem się odpowiednio, troszkę wiało
Tam w głębi, oczywiście teraz krzaczory były większe, jak tam nocowałem. Teraz ruszyłem na miejscowość Lazsko i pózniej na Pribram, za wioską stanąłem na przystanku, umyłem się jeszcze raz bo po spaniu niewyraznie wyglądałem a Rutinoscorbinu nie brałem he he, musiałem tez dobrze bagaż umocować i związać, a pogoda prawie jesienna, wiało do tego liście spadały, dobrze że słonko było, do tego ruch spory, pojadłem no i mogłem ruszyć dalej. Było trochę zjazdu, minąłem jakieś kopalnie czy coś, były jakieś góry usypane
Zajechałem najpierw do dużego marketu i narobiłem zakupów za 320 koron! znów ledwo pomieściłem, jednak pózniej nie musiałem stawać pod sklepami bo zapas był, pokręciłem się po mieście, w tym po centrum i pewnie myślicie że zajechałem do Tourist Info? niestety było czynne od 10tej a dopiero była 9ta wtedy, nie chciało mi się tyle czekać, ruszyłem więc dalej, cykając focisze tu i tam Wyjeżdżałem powoli z miasta no i robiło się cieplej już i to był plus, wjechałem na rondo i tu ja smatrit na mapę w telefonie którą drogą lepiej jechać, bo na Pragę jeszcze nie jechałem tylko na Karlstejn, na szczęście nie jechałem głównymi drogami, za miastem nieco się pogubiłem, jednak pewien pracownik na jakiejs firmie wskazał mi skrót i dojechałem do wioski, do której chciałem dotrzeć, mijając strumyk.
A wioska nazywała się Trchove Dusniki, od tej wioski był lekki podjazd, ruch znów spory, jednak udało mi się zrobić fotę bo fajne były widoczkiNawierzchnia drogi też nie zaciekawa, nierówna, ale tylko przez 3km i tak mijałem wioski wioseczki aby w miejscowości Cenkov coś zjeść na przystanku i trochę odspanąc
Trochę tam zabawiłem, zrobiło się naprawdę ciepło i już mogłem jechać na krótko. Podjadłem poczytałem gazetę no i ruszyłem dalej, droga urozmaicona, raz w górę a raz w dół, koło miejscowości Berin zrobiłem sobie fotę bo dodać L i by było Berlin
Nawet taka miejscowość była, prawie jak w moich rejonach gdzie jest jezioro a tu nie było. Jechałem dalej, teren już pagórkowaty,trochę tu mi się porąbało bo koło Karlstejn płynęła rzeka a żeby tam się dostać to musiałem jechać na most w miejscowości Żadni Treban no i kręciłm się tu i tam, raz nadłożyłem drogi pózniej się musiałem cofać masakra, a się okazało że był most we wiosce Srbsko, ale cóż, pojechałem inaczej, na szczęscie było dużo w dół. No i koło miejscowości Poucnik też był most. Po około 12 km do miejscowosci, szukałem mostu i po kilku jazdach tu i tam znalazłem i przekroczyłem rzekę Berounka wreszcie, widoki super, wokół niej wysokie wzgórza, teraz szukałem drogi na Karlstejn, trochę się naszukałem, bo wjeżdżałem w jakieś ślepe uliczki, popatrzyłem na mapę i po podjechaniu pod górę znalazłem właściwą drogę i stąd już tylko 7km do Karlstejnu uff.
Tam z tych górek z tyłu zjeżdżałem by podjechać tu, gdzie na fotce. Szybko mi minęło te 7km i dojechałem, było też trochę z górki
A to ciekawe tu bunkier tam zamek, tu musiałem zsiąść z rowera jak kazał znak gdzie pisało Sesednij z kola, nie ryzykowałem mandatu bo Policja jezdziła, a na uliczce pełno sklepików z Souvenirami i kawiarnie różnorakie, od wyboru do koloru! Ludzi pełno do tego dalej gorącoZameczek zajefajny Na górę nie wchodziłem, jakoś mi się nie chciało, wolałem zrobić przerwe koło miejscowości Morina i tak też uczyniłem, ale musiałem tam podjechać a następnie zjechać do wioski i znów podjechać na kamieniołom, urwanie głowy z tymi pagórkami, jednak widoki cudne dookoła, stąd do Pragi tylko 30km. Trochę miałem pecha, bo cos tam robili i niżej nie można było zejść, więc tylko z góry podziwiałem Łom Amerika, robi super wrażenie
Za wstęp na krawędz klifu, groziła kara 15 tysięcy koron, więc nie ryzykowałem wejścia, nieco dalej był Łom Mexiko, mogłem w sumie pojechać. Super miejsce, polecam, dużo ludzi odwiedza to miejsce, niepotrzebnie jechałem naokoło, mogłem szlakiem pojechać. Po około godzince cofnąłem się na drogę i znów do wioski Morina, ostro w dół, skręciłem w lewo na miejscowość Kuchar i tu teren był pagórkowaty,po około 8km widać już było Pragę w dole i po jakimś czasie dojechałem do znaku Praha Zapad
Słonko grzało, tylko pora trochę pózna, dojechałem do takiego lasku i tam chwila przerwy i ruszyłem dalej, nieco z górki no i dojechałem do obrzeży miasta Praga Zachód, szerokie drogi i duuuży ruch, co jakiś czas leciał nisko samolot, do samego centrum nie jechałem gdyż byłem tam już w 2015 roku, a teraz jechałem inaczej, w domu zobaczyłem że jest taki park Divoka Sarka no i szukałem tego parku, dzięki maps.me wiedziałem jak jechaćPo jakimś czasie dojechałem do parku, chciałem jeszcze zajechać na lotnisko na punkt widokowy, ale, dzień krótszy więc po zastanowieniu się zrezygnowałem i wolałem śmignąc po parku
Fajnie tam było, prawie jak w górach, dużo było biegaczy, spacerowiczów no i rowerzystów, tu też chwilę odpocząłem i ruszyłem do miasta, szukałem Mc Donalda bo chciałem tel naładować i znalazłem a nim tu dotarłem to miałem same zjazdy, suuper! Tak więc zamówiłem Szejka itd, ale nie mogłem znalezc ładowarki, miałem taką inną jednak nie chciał się tel ładować, niech to szlag, pózniej się okazało, że tamta ładowarka była w torebce na kierownicy. Do tego po wyjściu gdzieś mi się posiały rękawiczki, a że wiedziałem że w Lidlu były rękawiczki rowerowe, to podjechałem i kupiłem sobie za 80koron.
Wiem że nie zdrowo Z pod Lidla jechałem w stronę Wełtawy, aby dostać się na prawy brzeg, trochę jeszcze pokręciłem się po mieściePowoli opuszczałem miasto, dotarłem do fajnego mostu, Praga zawsze mi się podobała, super miasto, szkoda że było pózno, miałem na kartce spisane noclegi w mieście, no ale latać i szukać, a jakby były zajęte miejsca to nie miałbym gdzie nocować, postanowiłem więc spać za miastem
Był super fajny wieczorek, za mostem wjechałem na extra ścieżkę rowerową, a na niej ludzi jak mrówków, rowerzyści, rolkarze, biegacze, były kawiarenki, oblegane nawet o tej porze, gdzie u nas tak? Marzenia.
Super ścieżka Musiałem uważać na niedzielnych rowerzystów, bo jechał jeden i nie patrzył, dobrze że mam refleks i udało się minąć z gagatkiem, robiło się coraz ciemniej a tu nie ma miejsca na rozbicie się, bo z prawej klify a z lewej Wełtawa, dojechałem do miejscowości Klecany i tu postanowiłem zjechać ze ścieżki w prawo, mocno pod górkę stromo
Na górze miałem super widoczek, gdyż na horyzoncie widziałem pasek z ładną pogodą na końcu horyzontu, było że tak powiem romantycznie
Niesamowicie to wyglądało, ja jednak spieszyłem się aby znależć jakieś miejsce noclegowe, w wiosce Sedlec podziwiałem nisko lecące samoloty.W tamtych krzaczorach się schowałem na łączce, było już tam wymoszczone miejsce, przez innego sakwiarza
Około 22.40 poszedłem spać, czasem mnie budził hałas samolotów, jednak do przeżycia, wyjrzałem czasem co za okaz leciał. No i tak minął mi 11 dzień wyprawy.
12 dzień wyprawy 23.08.2016 155km Ranek powitał mnie dość chłodno, jednak słonko szybko wyszło i zle nie było, minus to mokra trawa i tu nie popełniłem błedu z pod Czeskiego Krumlova i założyłem sobie folię na buty i spakowałem się dalej od łaki koło krzyża i kapliczki, była ławeczka. Szybko się spakowałem, zjadłem śniadanko i kierunek Neratovice! Do miasta dojechałem dość szybko, bo nie było daleko,Usiadłem sobie w takim parku aby buty wyczyścić trochę, zobaczyłem też że mam bluzę brudną to podjechalem do sklepu po mydło i trochę wyczyściłem bluzę, pojezdziłem trochę po mieście i ruszyłem na Melnik, gdzie byłem w 2015 też, drogę już więć znałem i jechałem trochę ruchliwą drogą, jednak kierowcy uważali, minąłem miejscowość Kly,oraz most nad Łabą
cóż za nazwa i przystanek, gdzie rok temu złapałem kapcia, tym razem się obyło, limit wyczerpany i tak po 5km dojechałem do Melnika
W mieście też pojechałem inaczej, nie drogą tylko najpierw taką alejką, jednak zobaczyłem ławkę to sobie klapłem, robiło się też ciepło to zdjąłem grubsze odzienie już chciałem ubrać białą bluzę z krótkim rękawem i też ubrudzona, więc pranie na ławce no i doczyściłem ją, zjadłem jakąś bułkę z posypaną solą, co ci Czesi jedzą Karramba! Wjechałem na taras widokowy z widokiem na 2 łączące się ze sobą rzeki, czyli Wełtawa oraz Łaba
Przy wieży ratusza czy kościoła usiadłem sobie na ławce, studiowałem mapy, jadłem i napawałem się widokiem okolicy, super, do tego niebo bezchmurne, po odpoczynku podjechałem do miasta, porobiłem foty, widziałem kilkunastu rowerzystów z przewodnikiem, najpewniej Niemców, a ja sobie zajechałem na gorącą czekoladę, pycha!
Minąłem Libechov i ruchliwą droga jechałem na Duba, dobrze że nie du..a to by dopiero poszła fota, za Libechovem prawie padłem...... ze śmiechu, odpowiedz poniżej
Na tym przystanku też sobie zrobiłem przerwę, był tam w koszu chyba 8 metrowy kabel z miedzią, oj mieliby złomiarze utarg, dalsza droga do Dubi bez historii z pewnymi twarzami na skale o prosim
Nie chciało mi się tam włazić, więc tylko fotę strzeliłem ot co, ruszyłem dalej i dojechałem do Dubi, tu zajechałem do zameczkuNo i tyle już mi wybiło kilosów 1.200km za mną, wyjechałem z Dubi i minąłem takie coś
Teraz czas na Zakupy, no ale to miejscowość taka, nie żebym był takim zakupoholikiem , kolejna śmieszna nazwa miejscowości, fota obowiązkowa przy tablicy jak i przy zameczku o tej samej nazwie
Nazwa miejscowości śmieszna, ale zabytki ma, po wyjściu z zameczku ruszyłem dalej, następny postój przy zródełku u ujściu rzeczki Svitavka, woda wyśmienita!, co chwile przyjezdzali ludzie z butelkami, z pół godziny tu posiedziałem w cieniu, bo było gorąco już. Mogłem ruszyć dalej do Jablonne pod Jestedi, w miejscowości Jachymov zjadłem sobie loda po super zjezdzie, by pózniej znów jechać raz pod górę a pózniej w dół, w końcu Powiat Liberecki zobowiązuje i że są górki, przed miastem znów sobie siadłem, wyjadłem trochę jedzenia z sakw, stałem koło jakichś sadów, bo słyszałem ludzi i odgłos spadanych jabłek, po przerwie pojechałem dalej, miałem już widok na góry Niemieckie koło Oybin i Jonsdorfu
Parę kilometrów jechałem w cieniu i nawet było płasko i lekko w dół pod koniec aż dojechałem do miastaA po fotkach ostatnie Czeskie zakupy dość spore u.... Wietnamczyków a jakże, mogłem ruszyć już na Niemcy i na wioskę Petrovice, ostatnią wioską w Czechach, teren lekko pagórkowaty, za to ruch znikomy i oto biega, w Jablonne ruch i skwar a tu sielsko anielsko a po przekroczeniu granicy już zupełna cisza że tak powiem Natur Pur! Była ława i siedzenia więc sobie usiadłem i prawie godzinkę tam byłem no i zrobiłem inwenturę rzeczy, co mam a co się uszkodziło, na pewno kubek z Litomierzyc nie przetrwał podróży.
Reszta Koron Po solidnym odpoczynku ruszyłem na Oybin , wjechałem do Luckendorfu, a tu czyściutko no i ta cisza, zimą musi tu być bajkowo, przed Oybinem był znak na Zittau, jednak jeszcze tam nie pojechałem bo wolałem jeszcze zwiedzić Oybin, było po 17tej, czekał mnie lekki podjazd a pózniej 16 procentowy zjazd do miasteczka, rewelacja! A w miasteczku niezbyt dużo ludzi, zajechałem na stacyjkę, bateria w tel 10 procent, wszedłem na stacyjkę nikogo nima, toaleta była, jednak trza było wrzucić 50 centów żeby skorzystać, jednak tu niespodzianka, kontakt był! to szybko ładowarkę i z godzinkę podładowałem tel, Danke Oybin. Pózniej fotki porobiłem nawet z pewną PaniąRobiło się chłodnawo więc musiałem ruszać i po zjazdach dotarłem do Zittau, Polska coraz bliżej, znów zajechałem do centrum
A z Zittau jechałem wzdłuż Nysy po szlaku Odra-Nysa, dzięki znakom jechałem jak po sznurku no i tu w rekordowym tempie, średnia 30 pare bo było płasko i rowerów zero, a rok temu się męczyłem pod górki wracając przez Kopaczów i Bogatynie a tu luz blues, po drtodze znów minąłem klasztor Marienthal i po 20km oto jest Polska! Radomierzyce , cieszyłem się jak dziecko he he, że dotarłem cało
Wreszcie Polska, szare wioski, auta z muzą na full, piękne krajobrazy, teraz szukałem miejsca na ostatni nocleg i znalazłem koło ronda na Bogatynie i Zgorzelec w takim sadzie, gdzie okropnie cieły komary, jednak zamknąłem się w namiocie i było git, zadzwoniłem do mamy, popisałem z dziewczyną i chwilę na fejsie poszperałem jednak bateria już tylko 15 procent, ale co tam. i tak minęła nocka 155km przejechane. 13 dzień- ostatni 24.08.2016- 13km Rano obudziła mnie....................mgła, toż to szok, nie robiłem fot bo bateria mi padła w tel, zimno trochę było no i trawa wilgotna, wstałem po 8mej i wyspałem się, nie musiałem się spieszyć bo do Zielonej wracałem pociągiem który odjeżdżał koło 13tej. Zwinąłem namiot a te kijki wywaliłem w tym ten felerny. Ruszyłem na Zgorzelec do Mc Donalda, tu troche naładowałem tel, pózniej pojechałem na stacje upewnić się czy jedzie pociąg o tej godzinie, okazało się że jedzie ale do Węglińca i pózniej trza się przesiadać na szynobus do Zielonej. Cóż tam,słonko już świeciło, pojechałem do Gorlitz wydać Euro i nawet się obkupiłem
To był poranek zakupowy, po powrocie na Polską stronę, chwile pojezdziłem po Zgorzelcu i na stacje od razu ruszyłem, był też bezpośredni pociąg do Zielonej, jednak dopiero po 15tej, wolałem jechac teraz, trochę ludzi było. I tak po 3 godz dotarłem cały i zdrowy, w Zielonej gorąco, każdy się spieszy, ponure twarze brr masakra. Podsumowując wyszło 1345km, 2 dni z mżawką, reszte ciepło i słonko, mili ludzie na trasie, super traska Karlove Vary- Loket- Sokolov- Cheb , raj rowerowo-kajakowy. A w 2016? może Polska, może Slowacja z Węgrami. Dziękuje że zainteresowaliście się moim opowiadaniem i że nie było nudne, do usłyszenia, Pozdrower, Ahoj! Tschuss! 






































































































































































































































































































































































































































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz